18
Uśmiech jest potrzebą życia (...). Ileż ta uśmiechnięta twarz daje nam przyjemności i zadowolenia.
Ryszard Kapuściński

Aplikacje i ludzkie relacje

18 grudnia... kiedy wybierałem dla siebie termin z kalendarza, szukałem ciekawych, zwariowanych, nieoficjalnych świąt. I znalazłem! Okazuje się , że 18.12 to między innymi dzień odbierania telefonu w stylu Buddy'ego z filmu „Elf”. To film z 2003 roku opowiadający o mężczyźnie od najmłodszych lat wychowywanym na asystenta Św. Mikołaja. Praca Buddy'ego polega na odbieraniu w mikołajowym warsztacie zamówień telefonicznych. Idealnie się składa, bo napiszę o telefonach. Będzie garść faktów i linków, szczypta ironii, sporo jojczenia. I, mam nadzieję, optymistyczne zakończenie. Zapraszam!

To tekst o telefonach, ale tych współczesnych – smartfonach. Czasem trafiają pod nasze choinki. Potrafią zachwycić możliwościami, które nam dają. Dzwonienie i pisanie SMS-ów, aparat i kamera na każdą okazję, GPS pozwalający zawsze trafić do celu, wiedza całego świata w zasięgu ręki dzięki internetowi...

Ale, żeby nie było zbyt pięknie, jest haczyk. Sam telefon to tylko narzędzie, jak taki scyzoryk wielofunkcyjny. Żeby w pełni wykorzystać jego potencjał, potrzeba oprogramowania, aplikacji. Potencjał tego rynku przyciągnął wiele firm, szczególnie amerykańskich, szarżujących jak bizony. Weszły na nasze ekrany, potem do naszego życia. I zagarniają je coraz bardziej.

Google. Troskliwy wujek, który zapewnia nam wszystko co związane z internetem. Okno na świat (Chrome) albo nawet siłę napędową naszego telefonu (system Android). Jest naszym listonoszem (Gmail), przewodnikiem (Google Maps) i telewizorem (YouTube). Jego firmową misją jest udostępnianie nam zasobów wiedzy z całego świata.
Tylko że świat Google'a nie do końca pokrywa się z tym prawdziwym. Automatyczne algorytmy zbierają o nas mnóstwo informacji, klasyfikują nas do określonej grupy i dopasowują do nas wyświetlane treści, w tym niepokojąco trafne reklamy. Ogranicza nam to możliwość ujrzenia innych poglądów niż te, o które Google nas podejrzewa (tzw. bańka informacyjna). Youtube, choć tworzony przez użytkowników, nie jest lepszy – ma problem z promowaniem przez algorytmy radykalnych filmików, np. z teoriami spiskowymi. Poruszanie się po stronach usług Google'a przypomina spacer po galerii handlowej – dużo obrazków, mało tekstu, gładkie kształty. I reklamy. Istnieje spora szansa, że nie od razu znajdziemy obiecaną wiedzę, szukając recenzji jakiegoś produktu. Najpierw trzeba się przebić przez linki sponsorowane. Poza tym wujek nie lubi, kiedy nie patrzycie na jego banery, więc walczy wszelkimi środkami z dodatkami blokującymi reklamy.
Ma się migać, błyskać jak choinka. Być łatwo, prosto, kolorowo i reklamowo. Nie martw się, po prostu mi zaufaj. Wujaszek głaszcze się po wąsie.

Wujek zaczyna nas niepokoić, ale tata Apple obiecał, że on jest inny. On nie żyje z reklam, nie sprzeda nas. A poza tym chcemy mieć to jabłko. iPhone, iWant. Tylko że Apple to surowy tata i ma pełnię władzy nad tym, co się znajdzie na naszym telefonie. Chcemy zainstalować lekką aplikację od znajomych, na przykład śpiewnik kolędowy? Sorry, wszystko trzeba pobierać przez centralny sklep. Albo się nieźle nagimnastykować i udawać firmę.
Jak to wygląda po stronie twórców aplikacji? Płać co rok, oddawaj część zysku ze sprzedaży i mocno trzymaj się wytycznych taty. Albo wylatujesz ze sklepu. Nawet jeśli sprostasz wymogom, Apple może wyrzucić Twoje dzieło wedle własnego uznania. Na przykład jeśli uzna, że szkodzi jego zarobkom. Ale jeśli Twój kraj inwestuje w firmę grube pieniądze – wtedy Twoja aplikacja do pilnowania żon może zostać.
No ale to za kulisami, kochany użytkowniku, nie musisz się martwić... Jeśli jest, to jest dobre. Jeśli zniknęło, to na pewno było złe. Zaufaj tacie. Daje ci piękne i nowoczesne zabawki. Może znajdziesz pod choinką etui z dwiema dziurkami – jedna na aparat, a jedna na logo jabłka, żeby ludzie widzieli.

Chcemy kontaktu ze znajomymi? Umówić się w chłodny dzień na lodowisko albo grzańca? Facebook służy pomocą. Dobry i życzliwy. Proponuje nam, żebyśmy mu podali numer telefonu jako dodatkowe zabezpieczenie – ale nie mówi już, że dodaje ten numer do bazy danych marketingowych. Jeśli logujemy się przez stronę internetową, proponuje nam pobranie aplikacji. Rzekomo dla naszej wygody – przemilczając fakt, że aplikacja ma dostęp do modułów naszego telefonu (kontakty, GPS) i zbiera o nas więcej danych.
Fejs poznaje nas równie wnikliwie jak wujek Google. I również zamyka w bańce informacyjnej. Układa naszą oś czasu w sposób losowy, żebyśmy jak najwię cej czasu na niej spędzili i zobaczyli przy okazji więcej reklam. A poza reklamami mamy treść od innych osób i stron, czasem nastawioną na łapanie lajków: odpowiednio podrasowaną, filtrowaną, ohasztagowaną i posypaną emotkami.
Jeśli nie skusimy się na pełną wersję Facebooka, zawsze może nas przekonać prosty komunikator. Może Messenger albo WhatsApp? Obojętne, oba należą do Facebooka. Messenger robi znane wszystkim „plim!”, kiedy przyjdzie wiadomość. Potem czyta te wiadomości razem z nami, żeby lepiej nas sprofilować. Gdybyśmy chcieli zmienić komunikator, mamy małą szansę na pociągnię cie za sobą grupy znajomych. Chęć wygody zwycięża, siła przyciągania FB jest za duża, więc na nowym komunikatorze będziemy sami. I wracamy do pierwszego pytania z tego akapitu.

Czas znaleźć pracę , żeby mieć na prezenty pod choinkę . Nowa apka, LinkedIn. Ma w swojej historii ciekawe epizody, jak choćby użycie maili nieświadomych użytkowników do celów reklamowych. No ale rozrósł się i zakorzenił, więc z punktu widzenia inwestorów to success story. Tutaj nie ma ludzi, są kontakty. Poważne twarze, ingliszowe nazwy stanowisk. Garnitury i jasne koszule, na męskich włosach jawi się żel. Można coś napisać lub poczytać, co napisali inni. A piszą różne rzeczy, niekiedy w stylu „stawiam na rozwój i sukces”, „zajmuję się designem i user experience”, „odnajduję siebie w mentoringu i networkingu”. Święty Mikołaj określiłby się zapewne jako „CEO, thought leader, present delivery specialist”.

Samotnie nam w te święta, czas kogoś znaleźć! Do rzędu ikonek dołącza apka randkowa, Tinder. Forma katalogu z ludźmi, zoptymalizowany pod kątem szybkiego wybierania. Wystarczy przewinąć palcem w prawo (chcemy!) lub w lewo (do kosza). Logujemy się i naszym oczom ukazuje się pierwsza postać. Przewijamy w lewo, bo osoba jakaś nijaka. Ktoś brzydki. Brzydki. Ładny, dajemy w prawo. Brzydki, brzydki, ładny... Ludzie wyrzuceni w lewo lecą na śmietnik historii, może ktoś inny ich zechce. Ruchom naszego palca towarzyszą kolorowe animacje, wokół latają gwiazdki.

Jadąc tramwajem przez zimową miejską scenerię , zawieszamy wzrok na telefonie i pieczołowicie sprawdzamy konta. Kiedy wreszcie podniesiemy zmęczone oczy znad telefonu, świat próbuje nas z powrotem wepchnąć w rzeczywistość wirtualną. „Zeskanuj kod QR!”, „Sprawdź naszą aplikację świąteczną!”, „Zamów prezenty online!”, „Śledź nasz fanpage!”. I ponownie pochylamy głowę, przewijając designerskie okna o zaokrąglonych, może nawet opatentowanych rogach. Dni mijają jeden po drugim, z plimkaniem Messengera w tle. Ale w końcu przychodzą Święta.

Jest w nich coś odprężającego. Ile by nie było reklam i chaosu w okresie przygotowań , czego by nam nie próbowano sprzedać... w końcu wszyscy siadają przy stole. Za oknami jest zimno, a w pokoju ciepło i przytulnie, stoi przed nami stół zastawiony pysznościami. Rozbrzmiewają przyjazne, kojące kolędy. Tak jest w wielu miejscach na świecie, więc maleje szansa na złapanie rekruterów, ludzi na randki lub nowego zdjęcia do polajkowania. Świat wirtualny również zwalnia, być może telefon poleży bezczynnie dłużej niż zwykle.

Święta to wspólne przygotowania i krzątanina w domu, ubieranie choinki, rozmowa twarzą z twarz z innymi. Interakcje pierwotne, niezmienne od lat. Kiedy wszystko wokół przyspiesza, ten jeden czas w roku przypomina nam, że zawsze można zwolnić, nie dawać się wciągnąć w cudze gonitwy ani pozwolić, żeby ktoś kreował nasze potrzeby. Czasem się zdarza, jak w piosence, „ufać tym, co nie warci ufania”. Na przykład obietnicom i wizjom dużych firm. Ale wierzę, że świąteczny czas może być szansą, żeby porządnie się nad tym zastanowić, nabrać zdrowego dystansu, wyzbyć się uzależnień, spojrzeć na narzędzie jak na narzędzie. I wykorzystać jego potencjał, bo tego smartfonom nie odmawiam.

I na koniec, wracając do „Elfa”... Buddy w filmie odkłada telefon, robi sobie przerwę od pracy i wyrusza poznać swoją rodzinę. Może w te święta znów odłożymy urządzenia i popatrzymy na bliskich zamiast na ekran? Tego nam wszystkim życzę!

Robert Olechnowicz
Miłośnik gór i ruchu w każdej formie – spacerów, podróży, biegów. Za dnia wędruje albo dogląda działki, wieczorami zmienia się w tłumacza języka angielskiego i kodera-hobbystę. Najbardziej ceni wolność i swobodę.